© 2013 sylwia.zientek wnetrze_kawiarni_ziemianska

O Małej Ziemiańskiej – kultowej kawiarni literackiej i miejscu spotkań skamandrytów

Osobiście darzę ogromnym sentymentem wszelkie lokale, zwłaszcza kawiarnie, w których kiedyś spotykała się bohema artystyczna, zapewniając danemu miejscu status kultowego. Gros tego typu przybytków odnaleźć można oczywiście w Paryżu, gdzie punkty, w których bywali literaci czy malarze wyznaczają swoisty szlak dla ludzi przemierzających miasto śladami wielkich postaci. Zapewne każde z dużych miast w każdym kraju ma tego typu „zabytki”, jednak w naszej stolicy, niemal całkowicie zburzonej w trakcie wojny, możemy jedynie w wyobraźni, na planie filmowym czy rekonstrukcji cyfrowej zwiedzić lokal, który w dwudziestoleciu międzywojennym cieszył się ogromną sławą i estymą, był miejscem jednoznacznie kojarzącym się z elitą, która w latach świeżo odzyskanej niepodległości tworzyła poetycki parnas – skamandrytami.

Mowa o Małej Ziemiańskiej, cukierni mieszczącej się przy ulicy Mazowieckiej 12, w samym centrum Warszawy. Lokal został założony przez Karola Albrechta i Jana Skępskiego tuż po odzyskaniu przez Polskę niepodległości i działał jako filia większych kawiarni, usytuowanych w innych częściach centrum (stąd „Mała Ziemiańska”). Zyskał jednak największą popularność z całej „sieci” i wpisał się na stałe w krajobraz miasta, podczas gdy lokale główne przegrały z konkurencją. Mimo, iż w Stolicy było nadzwyczaj dużo cukierni, to właśnie Mała Ziemiańska zyskała status kultowy i stała się sławna na cały kraj jako nieformalna „miejscówka” skamandrytów.

Być może kluczowa była atmosfera, tak sprzyjająca artystom, a może kluczem do sukcesu była lokalizacja – ulica łącząca opanowany przez finansistów Plac Warecki (od 1921 r. Plac Napoleona, obecnie Powstańców Warszawy) z Placem Zielonym (obecnie Placem Dąbrowskiego). Istotna była bliskość galerii  Zachęta, Uniwersytetu, a także zlokalizowane na Mazowieckiej liczne księgarnie (m.in. słynna księgarnia Jakuba Mortkowicza, dzisiaj upamiętniona pamiątkową tablicą), antykwariaty, siedziby wydawnictw jak również bary i restauracje, jak ta U Wróbla, w której towarzystwo literatów jadało obiady.

Po tym, jak w 1919 r. przestała funkcjonować ciesząca się ogromną popularnością kawiarnia Pod Pikadorem, występujący w niej poeci (recytujący wiersz każdemu, kto zapłacił 5 marek za wstęp), tzw. „wielka piątka” czyli Julian Tuwim, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Antoni Słonimski i Jan Lechoń upodobali sobie właśnie Małą Ziemiańską jako miejsce, gdzie godzinami – począwszy od 12 w południe – dzień w dzień dyskutowano, żartowano, prezentowano swoje prace, spierano się, omawiając aktualne wydarzenia. Młodzi poeci tworząc nieformalną grupę skupioną wobec prowadzonego przez nich, nieregularnie ukazującego się pisma Skamander (którego wydawcą był Mieczysław Grydzewski) rozpoczynali swoje wielkie kariery literackie. Wkrótce mieli stać się opiniotwórczą elitą, którą złośliwie określano jako „lożę szyderców” czy „literacką mafię”.

W Ziemiańskiej starano się też zawsze być na czasie z nowinkami technicznymi, i tak wraz z popularyzacją telekomunikacji zaproponowano klientom możliwość odbywania rozmów z aparatów ustawionych wprost na stolikach, przy których siadano aby zjeść ciastko i wypić herbatę.

W 1927 roku przeprowadzono remont i rozbudowę lokalu, który zyskał murale na ścianach (malowidła obrazowały pory roku -zdjęcie jednego z nich poniżej), dodatkową salę i słynne pięterko – właśnie przy schodach na nie wiodących stał słynny stolik zarezerwowany dla skamandrytów, co potwierdzała przytwierdzona do ściany tabliczka.

Tuż po wkroczeniu do cukierni przez słynne obrotowe, bardzo nowoczesne w tamtych latach drzwi, natrafiało się na usytuowaną na lewo ladę pełną ciast i słynnych tortów, które można było zamówić z dostawą do domu, a dostarczano je na paterze, którą posłaniec odbierał następnego dnia. Goście uwielbiali faworki, ciastka firmowe i słynne „ziemianki” (małe pączki). Popijali je kawą, podobno niezbyt dobrej w porównaniu do innych lokali jakości. Podawano ją „po warszawsku” – w szklankach, określając jako „pół czarnej” (szklanka napełniona była płynem do połowy).

Wnętrze kawiarni było zawsze niemal zatłoczone, przy małych, okrągłych stoliczkach tłoczyli się głośno rozmawiający, śmiejący się goście, podczas gdy całe wnętrza wypełniał gęsty, papierosowy dym. Wyobraźmy to sobie: literacki parnas na półpięterku, przy stoliku, przy którym rozkwitały kariery, tworzono legendy, opowiadano dowcipy, które kilka godzin później powtarzała ulica.

Jako pierwszy ze skamandrytów teksty kabaretowe i humorystyczne zaczął pisać Julian Tuwim. Jego wielka kariera zaczęła się od kiedy w piśmie Pro Arte et Studio w 1918 roku ukazał się skandaliczny wiersz „Wiosna” (opowiadający o tym, jak zachowują się ludzie jako tłum, który wraz z nadejściem wiosny rusza na łowy i folguje najbardziej prymitywnym potrzebom ciała. „(…) I poczną sobą samców częstować samice!”). 

Julian Tuwim ze swoim „instynktem polskiego słowa”, był chyba pierwszym polskim twórcą masowym, tworzącym zarówno doskonałe poezje, jak i kabaretowe i humorystyczne teksty, wiersze dla dzieci oraz słowa do wielu przebojowych piosenek (np. „Miłość ci wszystko wybaczy” śpiewaną przez Hankę Ordonównę). Bardzo szybko zyskał sławę i pieniądze. Mimo powodzenia z trudem radził sobie z przejawami antysemityzmu wobec swojej osoby, miał też ogromny kompleks związany z dużym znamieniem, tzw. „myszką” szpecącą jego policzek. Mimo to udało mu się poślubić wielką piękność – zimną i wyniosłą Stefanię (z domu Marchew), której nie lubili pozostali skamandryci, uważając ją za mało inteligentną. Zorientowana materialnie żona poety nie tylko ostentacyjnie twierdziła, iż „nigdy nie czyta poezji Julka”, ale też żądała, by jej panieńskie nazwisko wymawiać z francuska „Marszew”. Poniżej portret Stefanii Tuwimowej pędzla Witkacego.

Małżeństwo, mimo różnych kryzysów, przetrwało do końca życia Tuwima (zmarł w 1953 r.)

Kolejną postacią z „wielkiej piątki”,  był Jarosław  Iwaszkiewicz, który wpisał się na stałe do kanonu polskiej literatury. Debiutował w roku 1920 tomem nostalgicznych, inspirowanych kresami wierszy pt. „Okrostychy”.

W 1922 r. ożenił się z Anną Lilpop, piękną, wrażliwą i oczytaną dziedziczką fortuny fabrykanta Lilpopa, który nie był zadowolony z zięcia literata.  Jarosław Iwaszkiewicz z wielkim trudem  utrzymywał żonę pisząc i pracując na posadzie urzędniczej, nie chcąc korzystać z pomocy finansowej teścia. Z biegiem lat obok poezji zaczęła powstawać wspaniała proza, m.in. „Brzezina” i „Panny z Wilka”.

W 1928 r. przeprowadził się z żoną i dwiema córkami do posiadłości zwanej „Stawiskiem” w Podkowie Leśnej, mimo oddalenia od życia miejskiego nadal systematycznie bywając w Ziemiańskiej.

Anna Iwaszkiewiczowa zmagała się z problemami o podłożu psychicznym, do czego w pewnej mierze mógł przyczynić się homoseksualizm męża. Autor wspaniałych opowiadań i poezji, pod koniec lat dwudziestych zyskał status jednego z najsławniejszych poetów, otoczony przez krąg wielbicieli i młodych twórców, w tym między innymi młodego Czesława Miłosza. Uprzejmy i sympatyczny w codziennych kontaktach, nie był dostatecznie podziwiany przez swoich przyjaciół z Ziemiańskiej, którzy mniej cenili jego narcystyczne wiersze niż umuzykalnioną prozę. Jak wynika ze wspomnień Iwaszkiewicza, poeta czuł się niedoceniony w grupie skamandrytów, a jego kariera poetycka nie wydawała mu się zadowalająca. Jednak w tym właśnie okresie napisał swoje najwspanialsze opowiadania, stanowiące arcydzieła literatury polskiej.

W połowie lat 30-stych Iwaszkiewicz przebywał na placówce dyplomatycznej w Danii. Gdy wybuchła wojna, oboje z Anną przebywali na Stawisku.

Jan Lechoń (właść. Leszek Serafinowicz), najmłodszy z „wielkiej piątki”, najwcześniej z nich zadebiutował, a w wieku 21 lat wydał świetnie przyjęty tom wierszy pt. „Karmazynowym poematem” (1920 r). Kolejne tomiki wierszy ugruntowały jego pozycję, jako poety patosu, zafascynowanego romantyzmem i twórczością Słowackiego, doskonale odnajdującego swój głos w klasycznej formie i tematyce sięgającej dziejów Polski. Jego słynne poczucie humoru podnosiło poziom codziennych posiedzeń, poświęconych wspólnemu tworzeniu skeczy i szopek. Dłuższy czas żyjąc tylko z poezji, wspierany był finansowo przez przyjaciół. Nie zwracając nigdy uwagi na strój, często w podartych skarpetkach i podartych ubraniach, już w czasach Pikadora zaczął nosić czarny żakiet  i sztuczkowe spodnie, znoszone, z powypychanymi kolanami, do tego często nosił długi szal (uwieczniony został z tym akcesorium na obrazie R. Kramsztyka) – taki wizerunek poety utrwalił się w okresie  II RP. Przez kolejne lata nie mogąc sobie pozwolić na nowy strój, nieustannie aspirował do klasy wyższej.

Snobizm i umiłowanie tradycji sprawiały, iż nie był w stanie zaakceptować swojego homoseksualizmu, co doprowadziło do w ’21 r. do nieudanej próby samobójczej. Finalnie właśnie problemy wynikające z orientacji seksualnej przyczyniły się do śmierci poety, który zginął skacząc z dwunastego piętra wieżowca w Nowym Jorku w 1956 r.

Antoni Słonimski (1895-1976), ukończył Akademię Sztuk Pięknych. Tworzył nie tylko poezję ale również teksty satyryczne, skecze oraz artykuły prasowe (w tym słynne „Kroniki tygodniowe”). Przed wojną, oprócz kilku tomów wierszy opublikował dwie powieści science-fiction. Jako kompan był ceniony za zjadliwy, ostry humor. W obyciu był podobno szorstki, cyniczny, lecz sentymentalny, pełen delikatności ton jego wierszy świadczył o tym, iż wobec ludzi nie odkrywał swojego prawdziwego „ja”. Więcej o A. Słonimskim w moim wpisie o Marii Morskiej z dn. 02.09.

Kazimierz Wierzyński (1894-1969), piąty z podstawowego składu skamandrytów, intensywnie tworząc poezję zarabiał na życie jako dziennikarz (m.in. prowadząc „Przegląd Sportowy”). Książką, którą sam Wierzyński uznał za „dzieło swojego życia” była Wolność tragiczna (1936) – zbiór poematów w stylu romantycznym, których bohaterem był Marszałek Piłsudski.

Jak pisze Sławomir Koper w „Życiu artystycznym elit artystycznych drugiej Rzeczpospolitej” (Bellona, 2010), Lechoń był bliżej ze Słonimskim, Tuwim z Wierzyńskim, Iwaszkiewicza drażniło złośliwe poczucie Lechonia, Wierzyńskiego nigdy nie rozumiał.

Bardziej niż spójną ideowo grupę, skamandryci tworzyli grupę przyjaciół, mocno ze sobą związanych w latach młodzieńczych, kiedy kształtowały się ich artystyczne postawy i rozpoczynały kariery literacki. W drugiej połowie lat 20-stych, kiedy już każdy z nich cieszył się sławą, różnili się nie tylko w ocenie wydarzeń politycznych czy stosunkiem do władzy, ale też coraz śmielej idąc swą indywidualną drogą zmierzali w przeciwnych kierunkach. Nieodwracalne podziały wywołał w grupie stosunek poszczególnych poetów do przewrotu majowego. Ich drogi definitywnie miały się rozejść w czasie wojny, a personalne więzi między Wierzyńskim, Lechoniem, Słonimskim a  Tuwimem i Iwaszkiewiczem zerwano za sprawą stosunku tych dwóch ostatnich do władzy ludowej.

W latach 30-stych literacki parnas zaczął ustępować miejsca nowym, zdolnym literatom, takim jak choćby Gombrowicz, który bywał w Ziemiańskiej i miał swój stolik, ale jego „stałą siedzibą” był lokal pod nazwą „Zodiak”, mieszczący się na ulicy „Traugutta.

Mimo, iż Mała Ziemiańska pojawia się na kartach niemal wszystkich dzienników z epoki (a pisało je wielu spośród znanych osobistości), zachowało się bardzo niewiele fotografii samego wnętrza i przesiadających w nim ludzi. Najbardziej znanym wizerunkiem kawiarni jest obraz, namalowany przez Józefa Rapackiego „W Ziemiańskiej” (poniżej).

Ogłoszenie prasowe z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych tak zachęca do odwiedzenia kawiarni: „Cukiernia Ziemiańska. Poleca wszechświatowej dobroci wyroby cukiernicze. Na Mazowieckiej kawiarnia otwarta do godz. 1-ej w nocy. Koncertuje zespół Henryka Golda”.

Słynny stolik na półpięterku skupiał dzień w dzień tak znane osobistości warszawskie, iż wielu gości kawiarni przychodziło tam po to tylko, aby wypatrywać ówczesnych gwiazd, a były to czasy, gdy szeroko komentowano wydawane z dużą częstotliwością tomy poezji, wydarzeniem była premiera książki, a ludzie związani z literaturą byli rozpoznawani i uwielbiani niczym gwiazdy filmowe. W wyłożonej boazerią i lustrami dolnej sali było też wielu warszawskich snobów, finansistów, prawników, malarzy z pobliskiej Akademii Sztuk Pięknych.

W letnim ogródku uwielbiał przesiadywać pisarz Stefan Żeromski. Częstym gościem był też poeta Bolesław Leśmian.

Równie znanym bywalcem Ziemiańskiej był generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski, sławny w całym kraju adiutant generała Piłsudskiego – poeta-amator, tłumacz, dusza towarzystwa, wspaniały kompan kawiarnianych posiedzeń, wielbiciel koni, zabawy i pięknych kobiet. Jak pisał o nim Słonimski w „Popiele i wietrze”: „Dzwoniąc szablą od progu idzie piękny Bolek. Ulubieniec Cezara i bożyszcze Polek”.

Inną legendą lokalu był Franc Fiszer – mężczyzna o potężnej tuszy, wielbiciel słodkości, filozof, erudyta i znawca sztuki, którego twórczość nie istniała na papierze, ale zawierała się w stylu bycia, anegdotach i rozprawach, którymi żyło towarzystwo przesiadujące w Ziemiańskiej.

Kawiarnia była na tyle popularna i prestiżowa, że możliwość zasiadania na „półpięterku” utożsamiano z towarzyską i intelektualną nobilitacją. W swoich słynnych wspomnieniach pt. „Wyznania gorszycielki” (Czytelnik, 2002 r.) Irena Krzywicka tak malowniczo opisała swoje pierwsze wejście (nota bene w trakcie pierwszej „randki” z Boy’em-Żeleńskim, wielką ówczesną osobistością) na cieszące się taką estymą półpiętro , iż nie sposób pominąć tego wspaniałego fragmentu:

„W słynnej cukierni „Ziemiańskiej” na ulicy Mazowieckiej znajdowało się magiczne półpiętro, gdzie stał tylko jeden stolik i gdzie schodzili się poecie „Skamandra” i różne znane osobistości ze świata artystycznego. Ileż razy marzyłam o tym stoliku poetów. Pisałam i drukowałam już trochę, ale nie miałam tam wstępu. Stolik był ekskluzywny, a straż, niesłychanie surową, pełnił przy nim Lechoń, odpędzając, przy pomocy morderczego dowcipu, wszystkich niepowołanych.

„Idziemy na półpiętro?” – zapytał Boy, wchodząc wraz ze mną do cukierni. Co byście odpowiedzieli, gdyby was zapytano, czy chcecie wygrać los na loterii? Raz przynajmniej znaleźć się w towarzystwie tych czarujących ludzi, śmiać się z ich dowcipów (wszyscy byli urzekająco dowcipni). Towarzystwo Boya było dla mnie biletem wstępu. (…)”

Krzywicka – dziennikarka, młoda matka, żona warszawskiego adwokata poznała bardzo popularnego Boya-Żeleńskiego, przeprowadzając z nim wywiad. Niemal pd razu zakochała się w dużo od siebie starszym, elokwentnym pisarzu.

Jak dalej relacjonowała Irena Krzywicka, na słynnej „górce” bywali z Boyem codziennie przed obiadem. Kobiety rzadko bywały zapraszane, a te, które spotkał ten zaszczyt, były wyjątkowe, zawsze piękne. Lechoń podobno krzywo patrzył na kobiety przy stoliku – przeszkadzały panom w rozmowach…

Oprócz sławnej i budzącej ogromnej kontrowersje Krzywickiej, spośród kobiet dopuszczonych na półpiętro wymienić należy Marię Morską, która była słynną muzą skamandrytów jeszcze z czasów Pikadora. W Ziemiańskiej bywały poetka Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, słynne aktorki filmowe i kabaretowe, lecz nie można powiedzieć, iż należały do stałych bywalczyń.

Zainteresowanych szczegółowym opisem Ziemiańskiej odsyłam do właśnie wznowionej przez Iskry książki Andrzeja Z. Makowieckiego „Warszawskie kawiarnie literackie”, w której autor przytacza nie tylko rzetelne fakty, ale cytuje też interesujące wspomnienia przeróżnych osób, które bywały w słynnej cukierni.

Ziemiańska przetrwała pierwsze bombardowania Warszawy w 1939 roku, funkcjonowała też w trakcie wojny, choć nie bywali już w niej stali bywalcy – większość znalazła się poza granicami Polski (spośród skamandrytów jedynie Iwaszkiewicz przebywał w kraju rzadko opuszczając Stawisko). Budynek spłonął w trakcie Powstania Warszawskiego – tak zakończyła się historia niezwykłej kawiarni, która w miarę upływu lat zyskała mocno wyidealizowany, zmitologizowany obraz.

Jak pisze A.Z. Makowiecki w wyżej wspomnianej książce „(…) czasem ta atrakcyjna i pełna życia kawiarnia, zaludniona panteonem literatury i sztuki XX wieku, dla niektórych była miejscem odtrącenia, olimpem niemożliwym do zdobycia, rodzajem giełdy środowiskowej, ferującej nieodwołalne wyroki i decydującej o tym, kto się „liczy” w literaturze”.

Poniżej fotografia współczesna ulicy Mazowieckiej i miejsca, w którym mieściła się Mała Ziemiańska.  Aby przywołać jej czar i urok, należy mocno wytężyć wyobraźnię… W niedawno pokazywanym w kinach cyfrowym obrazie „Warszawa 1935″ pojawia się szyld Ziemiańskiej, a ulica Mazowiecka wygląda na tych obrazach boleśnie inaczej, niż dzisiaj. Zachęcam do spaceru przez Plac Napoleona, Mazowiecką w kierunku Zachęty, może nawet dalej.

Zacytuję jeszcze doskonały fragment z „Dzienników” Witolda Gombrowicza, w którym przebywając na emigracji w Argentynie w 1953 roku tak wspominał swoje „prowokacje” w Ziemiańskiej:

(…) Przed wojną. Kawiarnia Ziemiańska w Warszawie. Dymna chmura. Stolik młodych pisarzy i poetów. Awangarda. Proletariat. Surrealizm. Socjalizm. Wyzwoleni z przesądów. Mówią: – Głupie snobizmy epoki kończącego się mieszczaństwa! Albo: – Śmieszne uprzedzenia klasowe feudalizmu!

Lecz ja przysiadam się i z miejsca zaznaczam, chociaż mimochodem, że moja babka była kuzynką Burbonów hiszpańskich. Po czym jak najuprzejmiej podsuwam im cukier – nie Kazimierzowi jednak (który wśród nich królował gdyż najlepszym był poetą) ale Henrykowi (który jest bardziej z towarzystwa i ojca ma pułkownika). Gdy zaczyna się dyskusja popieram zdanie Stefana, ponieważ on z ziemiańskiej rodziny. Albo mówię: – Stasiu, poezja poezją, ale przede wszystkim ci radzę: nie bądź gminny! Albo: – Sztuka jest zjawiskiem w pierwszym rzędzie heraldycznym! Śmieją się lub poziewają, albo protestują – ale ja tak miesiącami, latami całymi z niezłomną konsekwencją absurdu, z powagą nonsensu, z największą pracowitością dlatego właśnie iż rzecz nie warta pracy. – Nuda! Idiotyzm! Kretyństwo! – krzyczą, ale powolutku, jeden, potem drugi ulega, oto już ten bąknął że dziadek miał willę w Konstancinie, tamten daje do zrozumienia, że siostra babki była „ze wsi”, a inny jeszcze niby dla zabawy wyrysował swój herb na bibułce. Socrealizm? Surrealizm! Awangarda? Proletariat? Poezja? Sztuka? – Nie. Las drzew genealogicznych, a my w ich cieniu.

Powiedział mi poeta Broniewski. - Co pan robi? Co to za dywersja? Pan nawet komunistów zaraził herbarzem!”  

(„Dzienniki” Wydawnictwo Literackie 1997 r., [5] środa 1953 r.)

Na zakończenie dodam, że kawiarnia Ziemiańska stanowi jedno z miejsc, w którym toczy się akcja powieści, nad którą pracuję od jakiegoś czasu. Roboczy tytuł to „Niebotyk” (określenie wysokiego budynku, dzisiaj nieużywane, choć zachowało się określenie „niebotyczne” czyli wysokie, na przykład ceny).

Komentarze (7)

  1. ~kats
    Wysłany 12 października 2013 w 17:12 | #

    Fantastyczny blog, cieszę się, że tu zajrzałam. W wolnych chwilach czytam Pani teksty z ogromną przyjemnością. Serdecznie za nie dziękuję.

    • sylwia.zientek
      Wysłany 12 października 2013 w 18:05 | #

      To ja bardzo dziękuję i zachęcam do lektury! Podrawiam, Sylwia

  2. ~Rdyta
    Wysłany 11 listopada 2013 w 22:48 | #

    Ja rowniez jestem z checia czytam i dziekuje ze mam taka mozliwosc:))

    • sylwia.zientek
      Wysłany 11 listopada 2013 w 23:01 | #

      Bardzo mi miło, pozdrawiam!

  3. ~ewa
    Wysłany 8 grudnia 2013 w 16:17 | #

    Rzeczywiście ciekawy blog. Czytam z ciekawością i nawet pewną zachłannością. Mogę ten świat oglądać jedynie cudzymi oczyma.
    Z ogromną radością przeczytała bym choćby w kontekście ziemiańskiej słów kilka o Belli Gelbhart, która również podobno częstym tam gościem była i skamandrytów karmiła.
    Szkoda, że tok mało jest malarskich wizerunków tej kawiarni. 20 lecie międzywojenne to bogaty twórczo i towarzysko czas, ktorego jestem ciekawa, tym bardziej , że czasy powojenne odcięły od literatury cała towarzyską jej otoczkę.
    Dziękuję .

  4. ~Agata
    Wysłany 6 grudnia 2014 w 07:48 | #

    Odwrotnie -Ziemianska na Mazowieckiej była pierwsza „mała” bo lokal był przed rozbudową i powstaniem „górki”niewielku) a dopiero pòźniej powstały filie.

  5. ~Henryk
    Wysłany 4 marca 2017 w 23:12 | #

    a propos Marii Morskiej. Zdarzylo mi się po latach być studentem jej męża Bronisława Knastera profesora na Uniwersytecie we Wrocławiu (tego samego, który ukrywał się wraz z nią i jej kochankiem w czasie okupacji we Lwowie).

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nigdy nie jest publikowany ani udostępniany. Pola wymagane zostały oznaczone symbolem *

*
*

Możesz użyć następujących znaczników i atrybutów HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Facebook